Chwila magii

Trafiły do mnie niedawno negatywy sprzed 30 lat. Mam “ujawnić” ich zawartość, więc uzupełniłem zapas papieru do stykówek, koszulek na filmy, chemii itp. Negatywy były zwinięte w ruloniki, więc zacząłem od ich przepłukania i wyprostowania. Oj, wolą zostać zwinięte…

Korzystając z tego bogactwa postanowiłem zrobić bliskiej osobie mały prezent, małą wycieczkę w przeszłość. Wybrałem jedną klatkę, szybkie ustalenie kadru, filtracja “3” i szukamy czasu – dwie próbki i jestem wstrzelony, bo negatyw dobrze został naświetlony i wywołany 🙂 Rutyna, prawda?

Nie tym razem. Patrzenie, jak w kuwecie z wywoływaczem pojawia się ktoś niby znajomy, ale jakże inny…. Czułem jakbym naprawdę przeniósł się w czasie. Za takie chwilę uwielbiam ciemnię! #duma, jak to się teraz mówi 🙂

Back to work, czyli urzekła mnie twoja historia

Czasem nie lubię fotografować na filmie. Człowiek się stara, łapie kadry, wywołuje po paru miesiącach zapodziany w międzyczasie film i na koniec okazuje się, że ktoś zrobił krzywą minę, inny wypadł z płaszczyzny ostrości, a tam gdzie wszystko ułożyło się ok film zagiął się film przy ładowaniu do koreksu… Pewnie dlatego nie ciągnie mnie do dużego formatu – raz spróbowałem i liczba możliwych błędów do popełnienia mnie przerosła 🙂

Jednak ta nieprzewidywalność to też wielka frajda. Robienie zdjęć klasycznym aparatem, a najlepiej takim bez jakiejkolwiek automatyki, to po prostu świetna zabawa. Dołóżmy do tego ciekawe miejsce, dobre światło i ulubiony motyw – jest super! I niedawno miałem taką sytuację. Naświetlałem klatkę za klatką, ale naszła mnie wątpliwość – czy migawka aby na pewno się otwiera? Fotografowani nie byli w stanie ocenić, w sumie 1/250 i f8 nie jest łatwe do uchwycenia. Film się skończył, została niepewność.

Wracam do domu. Staram się jak najszybciej wpaść do ciemni. Trochę chemii do wywoływania filmów jest, w harmonijce z wywoływaczem jest 350 ml D76, a na stopie i fixie trzy kreski – przerobiłem w nich trzy filmy. Wszystko jest w sam raz, łączę wywoływacz z wodą robiąc 1:1, sprawdzam temperaturę – 23 stopni, wprowadzam korektę do czasu wywołania i jazda. Rutyna. Luzik. Ale w trakcie utrwalania zauważam jedną rzecz: w harmonijce nie było stocka, ale roboczy 1:1 sprzed 3,5 miesiąca… Dla laików (któryś dotarł dotąd? ;): wywoływacz jest przepracowany, niemal na pewno bez energii, a na dodatek jest go za mało w roztworze by dobrze wywołać film.

Niepewność zmieniła się w rozpacz.

Trudno, proces to proces, doprowadzam go do końca. Tak szybko jak tylko mogę zaglądam do środka – UFFFF! Film udało się wywołać, a nawet wygląda całkiem dobrze. Zostawiam do wyschnięcia. Następnego dnia tnę na paski, oglądam przez lupkę – jakieś podejrzane kropki. Resztki utrwalacza? Ziarno? Odbitka pokaże?

Zanim mogłem wołać papier, musiałem trochę posprzątać ciemnię. Nie robiłem odbitek ładnych parę miesięcy, kurz zdążył osiąść w wielu miejscach :I Ale w końcu odpaliłem powiększalnik, zdecydowałem się odbijać w kwadracie 18×18 zachowując mniej więcej to co na negatywie. Hmm czasy za krótkie, szybka zmiana głowicy z kondensorowej na mieszaną i już można pracować… Próbka raz, poprawa kontrastu dwa i gotowe!

I tak siedem razy z negatywu, który miał w sumie dziewięć klatek. Zrobiłbym jeszcze ósmą, ale już miałem trochę dość. Dawno już nie miałem tak dobrej serii. I jak tu nie kochać fotografii? 🙂

Most Śląsko-Dąbrowski

Zdjęcia wciąż robię, choć tu tego nie widać.

W ciemni – odbitkowy zastój. Coś jednak wołam, tu przykładowy skan z Neopana 400 w D76 1+1, ekspozycją zawiadywał niezawodny XA. Widać to choćby w rysunku świateł latarń, czterolistkowa przysłona ma swój charakterystyczny podpis.

Mam nadzieję, że niedługo pokaże skan odbitki, pewnie trochę przykadrowanej.

Zmiana warty

Skoro w szkole każą przynieść zdjęcie z Warszawy/Mazowsza, to czemu właściwie to ja mam je zrobić? 🙂 A więc spacer, parę ujęć, potem wspólne wołanie filmu, a następnego dnia krótki kurs co-gdzie-jak i gotowe!

I tak właśnie kolejne pokolenie wkręca się w ciemnię 🙂

Skaner więcej zepsuł niż pokazał, odbitka wyszła całkiem całkiem!

Wakacyjne podsumowanie – czego się nadźwigałem niepotrzebnie :)

Przyznam się bez bicia: dłużej zastanawiam się nad wyborem aparatu niż miejsca na wakacje 🙂 Zdjęcie można zrobić wszędzie, ale który aparat wziąć? Które obiektywy? Ile będzie mi się chciało nosić?

Ostatni wyjazd to lekkie podejście. Agfa Isolette jako średniak, Nex jako cyfra, S2 jako mały obrazek z trzema obiektywami: 28, 50 i tu niespodzianka: 135 mm. Nie chciałem targać 85 i byłem ciekaw, jak sprawdzi się stare szkło Yashiki.

135mm to dziś mało popularna ogniskowa. Daaawno temu – praktyczny koniec możliwości ostrzenia przez dalmierz. Optycznie to sonnar, u mnie światło 2.8 i ostrzenie minimalne 1,5 metra. Jak się sprawdziło?

Okazuje się, że po podpięciu do NEX’a (czyli matryca APS, tnie część kadru) 135 jest fajną portretówką. Dzieci nie robią min, bo nie zwracają uwagi na aparat oddalony o kilka metrów. Ostrość po delikatnym przymknięciu świetna, plastyka rozmyć mogła by być bardziej miękka. Zestaw świetnie się sprawdzał też do ptaków, tych żywych i tych metalowych 🙂

Przykładowe zdjęcie:

Ostatecznie jakieś 90% zdjęć zrobiłem Nex’em ze standardowym zoomem. Raz podpiąłem szerszy kąt, 16mm. Isolette użyłem do JEDNEGO zdjęcia (a miałem 5 filmów w zapasie), większość czasu aparat przeleżał w bagażu. Małym obrazkiem przekręciłem ok. 40 klatek, ale co się go nanosiłem w upale to moje 🙂 Może w weekend wywołam filmy, zobaczymy co się udało.